Lokalna demokracja czy konkurs popularności?
W wyborach samorządowych od lat powtarza się ten sam mechanizm. Mieszkańcy deklarują, że chcą ludzi kompetentnych, odważnych i przygotowanych do działania, ale gdy przychodzi dzień głosowania, bardzo często zwycięża nie doświadczenie, wiedza czy umiejętność pracy na rzecz wspólnoty, lecz zwykła ludzka sympatia. Ktoś jest miły, ktoś jest znany, ktoś potrafi się uśmiechnąć, przywitać, zagadać pod sklepem albo poklepać po ramieniu podczas lokalnego festynu – i to już dla wielu staje się wystarczającym argumentem, by powierzyć mu mandat radnego.
Gracjan Broda,
To zjawisko jest jednocześnie zrozumiałe i niebezpieczne. Zrozumiałe, bo w małych społecznościach ludzie częściej głosują na twarze, które znają, niż na nazwiska, za którymi stoi konkretny dorobek. Niebezpieczne, bo rada gminy czy miasta nie jest towarzyskim klubem osób lubianych. To nie konkurs na najbardziej serdecznego mieszkańca, lecz wybór tych, którzy mają podejmować decyzje wpływające na codzienność całej wspólnoty. Tu nie wystarcza być „w porządku”. Tu trzeba jeszcze wiedzieć, co się robi.
A z tym bywa już znacznie gorzej. W praktyce wielu wyborców nie pyta, czy kandydat rozumie mechanizmy działania samorządu, czy zna lokalne problemy od strony formalnej i finansowej, czy potrafi analizować projekty uchwał, czy ma odwagę sprzeciwić się złym decyzjom. Znacznie częściej liczy się to, że „to swój człowiek”, „zawsze pomaga”, „wszyscy go znają”, „dobrze wypada wśród ludzi”. Tyle że sympatyczność nie jest kwalifikacją samorządową. Podobnie jak rozpoznawalność nie jest dowodem kompetencji.
Właśnie w tym miejscu rodzi się jeden z największych problemów lokalnej demokracji. Mieszkańcy często wybierają radnych tak, jakby wybierali gospodarza pikniku, nie osobę współodpowiedzialną za budżet, inwestycje, oświatę, transport czy ład przestrzenny. Potem przychodzi rozczarowanie. Okazuje się, że radny, który tak pięknie rozmawiał z ludźmi w kampanii, milczy na sesjach. Że ten, który wzbudzał powszechną sympatię, nie potrafi zabrać głosu w ważnej sprawie. Że osoba powszechnie lubiana niekoniecznie umie czytać dokumenty, zadawać trudne pytania i patrzeć władzy na ręce.
Nie ma nic złego w tym, że kandydat budzi zaufanie i jest blisko ludzi. Problem pojawia się wtedy, gdy to staje się jedynym kryterium. Bo samorząd nie działa na emocjach, lecz na decyzjach. A decyzje podejmowane przez osoby przypadkowe, słabo przygotowane lub całkowicie bierne mszczą się później na wszystkich mieszkańcach. W jakości dróg, tempie inwestycji, poziomie debaty publicznej, chaosie przestrzennym i w tym charakterystycznym poczuciu, że „niby ktoś został wybrany, ale nic z tego nie wynika”.
Być może najtrudniejsze jest to, że sympatia jest politycznie bardzo wygodna. Nie wymaga od wyborcy wysiłku. Nie trzeba czytać programu, sprawdzać aktywności, słuchać wypowiedzi ani interesować się tym, czym naprawdę zajmuje się rada. Wystarczy, że kandydat jest miły, rozpoznawalny i „dobrze się kojarzy”. Tylko że takie podejście jest wygodne wyłącznie do momentu zamknięcia lokalu wyborczego. Potem zaczyna się rzeczywistość, a rzeczywistość bywa brutalna wobec źle dokonanych wyborów.
Można kogoś lubić i jednocześnie nie widzieć w nim dobrego radnego. Można też nie pałać do kandydata szczególną sympatią, ale uznać, że ma przygotowanie, charakter i wiedzę potrzebną do pracy publicznej. Dojrzałość obywatelska zaczyna się właśnie tam, gdzie kończy się głosowanie „na miłego człowieka”, a zaczyna wybór oparty na ocenie kompetencji.
Wybory samorządowe powinny być świętem odpowiedzialności, a nie plebiscytem towarzyskiej popularności. Bo od tego, czy mieszkańcy wybiorą osoby merytoryczne, niezależne i pracowite, zależy znacznie więcej niż czyjaś osobista sympatia. Sympatia może pomóc zdobyć głos. Ale to kompetencje powinny dawać mandat.