Wolność w butelce, czyli nocna filozofia po polsku

  • Felietony
  • schedule Czas czytania: 4 minuty

Od kilku miesięcy w Policach trwa spór stary jak Polska lokalna: gdzie kończy się wolność, a zaczyna święty spokój mieszkańców. Radni Koalicji Obywatelskiej złożyli wniosek, by na terenie gminy wprowadzić zakaz nocnej sprzedaży alkoholu od godziny 23:00 do 6:00. Nie chodzi o restauracje, puby czy hotele, ale o sklepy całodobowe i stacje benzynowe, czyli te miejsca, w których alkohol kupuje się już raczej nie do kolacji, lecz „na dokładkę”, „na dokończenie” albo w ramach tradycyjnego polskiego planowania wieczoru pod hasłem: „weźmy jeszcze, bo może zabraknąć”.

Wolność w butelce, czyli nocna filozofia po polsku
Grafika promująca felieton w Dzienniku Polickim / [grafika: Dziennik Policki]

I właśnie to „bo może zabraknąć” najlepiej oddaje sens całej dyskusji. Bo uczciwie mówiąc: czy nocna sprzedaż alkoholu naprawdę jest dziś symbolem nowoczesności, wolności i postępu cywilizacyjnego? Czy o jakości życia w gminie naprawdę świadczy to, że o 2:17 nad ranem obywatel ma łatwiejszy dostęp do kolejnej butelki niż do lekarza, dentysty czy sensownego parkingu? Zwolennicy nieograniczonej sprzedaży chętnie opowiadają o wolnym rynku i swobodach obywatelskich, ale mieszkańcy okolicznych bloków zwykle mówią o rzeczach mniej wzniosłych: o hałasie, awanturach, potłuczonych butelkach, nocnych wrzaskach i interwencjach służb.

Co ciekawe, sam pomysł zakazu w obecnym kształcie trudno uznać za szczególnie rewolucyjny. Miałby obowiązywać dopiero od 23:00. Innymi słowy: najpierw dajemy jeszcze trzy godziny na spokojne uzupełnienie zapasów, a dopiero potem ogłaszamy troskę o porządek publiczny. W mojej ocenie, jeśli ten zakaz ma mieć realny sens, powinien zaczynać się wcześniej – choćby od 20:00 lub 21:00. Zwłaszcza że w Policach obejmie zaledwie dwa, może trzy punkty handlowe. To trochę tak, jakby ktoś z wielką powagą ogłaszał wojnę chaosowi, po czym na wszelki wypadek wysłał na front pół patrolu i gwizdek. Skoro już radni biorą się za temat, to dobrze byłoby, żeby zrobili to porządnie, a nie symbolicznie.

Nieprzypadkowo jednak samorządy w całej Polsce coraz częściej sięgają po takie rozwiązania. Tam, gdzie ograniczono nocną sprzedaż alkoholu, zwykle nie nastąpił upadek handlu, demokracji ani swobód obywatelskich. Nie odnotowano też masowego exodusu mieszkańców w poszukiwaniu wolności do sąsiednich gmin. Za to częściej pojawiały się sygnały o mniejszej liczbie interwencji, spokojniejszych nocach i większym poczuciu bezpieczeństwa. I trudno się temu dziwić, bo po północy alkohol rzadko bywa kupowany z myślą o degustacji nut smakowych. Zdecydowanie częściej służy jako paliwo do przedłużania imprezy, która dawno przestała być prywatna, a zaczęła być narzucona całemu osiedlu.

Tu zresztą dochodzimy do najbardziej przewidywalnego argumentu przeciwników zakazu. Zawsze znajdzie się ktoś, kto z poważną miną oznajmi: „kto będzie chciał, ten i tak kupi”. To zdanie jest w Polsce niemal święte. Można nim uzasadnić wszystko: że nie warto karać za szybką jazdę, bo kto będzie chciał, i tak pojedzie za szybko; że nie warto stawiać koszy na śmieci, bo kto będzie chciał, i tak rzuci papierek obok; że nie warto zamykać furtki, bo kto będzie chciał, i tak przeskoczy przez płot. To oczywiście bardzo wygodna filozofia, bo zwalnia z jakiegokolwiek działania. Problem w tym, że samorząd nie jest od wygodnej filozofii, tylko od ograniczania realnych problemów tam, gdzie się da.

A realny problem jest prosty: nocna sprzedaż alkoholu nie służy mieszkańcom, tylko głównie tym, którzy po północy mylą wolność z hałasem, a prawo do zakupów z prawem do urządzania ulicznego spektaklu pod cudzym oknem. I właśnie dlatego ten spór wcale nie jest o alkohol. To spór o to, czyja wygoda ma w mieście pierwszeństwo. Czy większe prawo ma klient, który o 1:30 chce kupić piwo, czy rodzina, która o 1:30 chce po prostu spać? Czy ważniejsza jest „wolność konsumenta”, czy prawo mieszkańców do ciszy, bezpieczeństwa i zwykłego świętego spokoju?

W teorii odpowiedź wydaje się banalna. W praktyce okazuje się jednak, że dla części komentatorów życia społecznego cisza nocna przegrywa z modnym sloganem o wolności. Bo w Polsce łatwo pomylić wolność z brakiem jakichkolwiek granic. Jeszcze łatwiej zaś udawać, że każda próba uporządkowania przestrzeni publicznej to zamach na obywatela. Jakby brak możliwości kupienia alkoholu po 23:00 był już nie ograniczeniem handlu, lecz osobistą tragedią, naruszeniem konstytucji i końcem europejskich standardów.

Dlatego ten pomysł warto potraktować poważnie, choć nie bezkrytycznie. Sam zakaz nie rozwiąże wszystkiego. Nie wyleczy uzależnień, nie zlikwiduje przemocy domowej i nie sprawi, że nocni amatorzy trunków nagle odkryją uroki spaceru, książki i herbaty z melisą. Ale może ograniczyć najbardziej uciążliwe skutki nocnego handlu alkoholem. A czasem właśnie od tego zaczyna się odpowiedzialna polityka lokalna – nie od wielkich manifestów, konferencji i min poważniejszych niż sytuacja, lecz od decyzji, po których mieszkańcom zwyczajnie żyje się spokojniej.

Bo gmina nie musi być całodobowym sklepem z używkami. Może być miejscem do życia. I dobrze byłoby, żeby w Policach właśnie o tym pamiętano, zanim po raz kolejny ktoś ogłosi, że zakaz nocnej sprzedaży alkoholu to zamach na wolność. Bo wolność jednego kończy się dokładnie tam, gdzie drugiemu zaczyna się bezsenna noc, a pod oknem rozbrzmiewa kolejna pieśń w wykonaniu osiedlowych obrońców swobód obywatelskich.

Udostępnij Felieton