Czy potrzebujemy w Policach polityki rodem z jednej z ogólnopolskich telewizji?

  • Felietony
  • Publikacja:
  • schedule Czas czytania: 6 minut

Przez lata samorząd miał pewną przewagę nad wielką, ogólnopolską polityką. Oczywiście także tutaj nie brakowało konfliktów, ostrych sporów, wzajemnych pretensji, koalicji i politycznych rozstań, ale na końcu bardzo często trzeba było usiąść przy jednym stole i zdecydować o remoncie ulicy, szkole, komunikacji miejskiej, podatkach czy kolejnej inwestycji. W Policach również nie zawsze było spokojnie, jednak lokalnej polityce wielokrotnie udawało się uniknąć prostego przeniesienia podziałów znanych z Warszawy. Coraz częściej można jednak odnieść wrażenie, że ten bufor zaczyna znikać, a wraz z nim do samorządu przenika sposób prowadzenia debaty dobrze znany z najbardziej spolaryzowanej części ogólnopolskiej polityki i mediów – nieważne, czy z TVP, TVN, wPolsce24 czy Republiki.

Czy potrzebujemy w Policach polityki rodem z jednej z ogólnopolskich telewizji?

Jakub Siusta

Jakub Siusta

Redaktor • Dziennik Policki

jsiusta@dziennikpolicki.pl

Mechanizm jest dość prosty. Najpierw pojawia się krzykliwy nagłówek, później mocna teza, następnie prowokacyjne pytanie i sugestia, że właśnie odkryto coś, co ktoś bardzo chciał przed mieszkańcami ukryć. Często całość opiera się na konstrukcji, która formalnie nie jest zarzutem, bo kończy się znakiem zapytania: „Czy ktoś na tym zarobił?”, „Czy mieszkańcy zostali oszukani?”, „Czy burmistrz wiedział?”, „Czy radni coś ukrywają?”. Taki znak zapytania bywa bardzo wygodny, bo pozwala wywołać w odbiorcy konkretne podejrzenie bez konieczności postawienia jednoznacznej tezy i wzięcia za nią pełnej odpowiedzialności.

Problem zaczyna się wtedy, gdy pytanie przestaje być początkiem dziennikarskiego dochodzenia, a staje się jego końcem. W takim modelu materiał nie powstaje po to, żeby ustalić, co się naprawdę wydarzyło, ale po to, żeby udowodnić wcześniej przyjętą tezę. Jeżeli odpowiedź urzędu, instytucji albo zainteresowanej osoby do tej tezy pasuje, zostaje wyeksponowana. Jeżeli komplikuje narrację, można ją skrócić, przesunąć na dalszy plan albo całkowicie pominąć. W efekcie odbiorca dostaje nie pełen obraz sytuacji, lecz emocję, która ma utrwalić określone przekonanie.

Ten sposób budowania przekazu dobrze znamy z ogólnopolskiej debaty, w której część mediów i polityków nie tyle relacjonuje spór, co aktywnie go podsyca. Telewizja Republika wielokrotnie sięga po język mocno konfrontacyjny, budujący przekaz wokół szoku, zagrożenia, zdrady czy starcia dwóch nieprzystających do siebie światów. Z podobnej logiki korzysta w swojej aktywności publicznej poseł Dariusz Matecki, który często operuje przekazem silnie spolaryzowanym, nastawionym na mobilizację własnego środowiska i wskazanie przeciwnika. Nie oznacza to oczywiście, że ostry język jest domeną wyłącznie jednej strony politycznego sporu, bo podobne mechanizmy można znaleźć także gdzie indziej. Pytanie brzmi jednak, czy warto ten model przenosić na grunt samorządu, gdzie lokalne uwarunkowania są znacznie bardziej złożone niż nagłówek przygotowany do mediów społecznościowych.

Samorząd niezwykle rzadko jest czarno-biały. Decyzja, która z zewnątrz wygląda podejrzanie, może wynikać z wieloletniej umowy, skomplikowanej sytuacji prawnej albo ograniczeń budżetowych. Głosowanie radnego nie zawsze da się wyjaśnić prostą przynależnością partyjną, a inwestycja może kosztować więcej nie dlatego, że ktoś popełnił nadużycie, ale dlatego, że zmienił się zakres zadania, ceny materiałów czy warunki wykonania. Urząd może z kolei czegoś nie zrobić nie dlatego, że „nie chce”, ale dlatego, że ograniczają go przepisy, własność gruntu albo wcześniejsze zobowiązania. W lokalnej polityce niemal zawsze istnieje jakiś kontekst, którego nie da się zmieścić w jednym chwytliwym zdaniu. Kontekst ten nie zawsze jest uchwytny dla osób próbujących opisać daną sytuację z zewnątrz, posiłkując się tylko podesłanymi konkretnymi informacjami.

Właśnie dlatego szczególnie niepokojące jest to, gdy materiały zbudowane wokół uproszczonych tez zaczynają być kolportowane przez lokalnych polityków i wykorzystywane nie do rozpoczęcia rzetelnej dyskusji, ale do dalszego polaryzowania mieszkańców. Wtedy publikacja przestaje funkcjonować wyłącznie jako materiał medialny i staje się polityczną amunicją. Nagłówek jest udostępniany w mediach społecznościowych, opatrywany krótkim komentarzem, a następnie traktowany przez sympatyków danego środowiska jako kolejny dowód na wcześniej przyjętą tezę. Nie ma już większego znaczenia, czy materiał rzeczywiście wyjaśnia sprawę, bo liczy się jego użyteczność w politycznym sporze.

W ten sposób powstaje zamknięty obieg informacji. Najpierw pojawia się publikacja oparta na mocno postawionej tezie, później polityk ją udostępnia, następnie jego zwolennicy traktują ją jako potwierdzenie własnych przekonań, a po pewnym czasie kolejne medium może już napisać, że „mieszkańcy pytają” albo że „sprawa wzbudza ogromne emocje”. Źródłem tych emocji bywa tymczasem materiał, który sam je wcześniej wywołał. Taki mechanizm jest dobrze znany z polityki ogólnopolskiej i właśnie dlatego warto zastanowić się, czy naprawdę chcemy jego lokalnej kopii.

Jeszcze bardziej problematyczne jest stawianie się określonych środowisk w roli posiadaczy jedynej słusznej prawdy. W tej narracji to właśnie „my” patrzymy władzy na ręce, „my” ujawniamy, „my” zadajemy pytania, których inni boją się zadać, a „my” reprezentujemy mieszkańców. Taka konstrukcja jest niezwykle wygodna, ponieważ z góry ustawia wszystkie inne głosy w roli podejrzanych. Urzędnik, który przedstawia dodatkowy kontekst, „broni układu”. Dziennikarz, który pokazuje drugą stronę sprawy, „stoi po stronie władzy”. Radny, który nie zgadza się z tezą materiału, „boi się prawdy”. W takiej atmosferze coraz mniej miejsca zostaje na zwykłą możliwość, że druga strona może po prostu mieć inne argumenty albo dysponować informacjami, które komplikują prosty podział na winnych i niewinnych.

A przecież istotą samorządu powinno być coś dokładnie odwrotnego. W Warszawie politycy mogą latami funkcjonować w dwóch niemal całkowicie odrębnych światach, rozmawiać przede wszystkim do własnych wyborców i budować swoją pozycję na permanentnym konflikcie. W Policach ludzie spotykają się następnego dnia w sklepie, ich dzieci chodzą do tych samych szkół, korzystają z tych samych dróg i autobusów, a radni różnych opcji muszą ostatecznie wspólnie decydować o budżecie, inwestycjach czy lokalnych usługach. To właśnie ta bliskość sprawia, że lokalna polityka może być mniej ideologiczna i bardziej pragmatyczna.

Nie oznacza to oczywiście, że samorząd powinien być pozbawiony konfliktów albo że media mają łagodnie traktować władzę. Oczywiście trzeba zadawać pytania, kontrolować wydatki, analizować umowy, wskazywać błędy i nagłaśniać sytuacje, w których publiczne pieniądze są wydawane niewłaściwie. Opozycja ma prawo być ostra, a media mają prawo być jeszcze ostrzejsze. Istnieje jednak zasadnicza różnica pomiędzy ostrym pytaniem a pytaniem, które zawiera już gotową odpowiedź i służy jedynie temu, by odbiorca doszedł do wcześniej zaplanowanego wniosku.

Najłatwiejszą formą współczesnej publicystyki stało się stawianie zarzutów w formie pytań. Znacznie trudniej jest zadzwonić do wszystkich zainteresowanych, przeczytać dokumenty, sprawdzić uchwałę, porozmawiać z osobą, która uważa inaczej, a później dopuścić możliwość, że rzeczywistość okaże się bardziej skomplikowana niż zakładaliśmy na początku. Tym właśnie powinna różnić się rzetelna debata od politycznej narracji. Pytanie powinno służyć znalezieniu odpowiedzi, a nie zastępować odpowiedź.

Jeżeli lokalne media i politycy zaczną kopiować najgorsze mechanizmy ogólnopolskiej wojny informacyjnej, bardzo szybko możemy dojść do momentu, w którym każda decyzja będzie „aferą”, każda wątpliwość „skandalem”, a każda różnica zdań dowodem istnienia dwóch wrogich obozów. Ktoś być może zdobędzie dzięki temu więcej wyświetleń, ktoś inny więcej reakcji na Facebooku, a kolejny polityk dodatkową okazję do mobilizowania własnych zwolenników. Trudno jednak uznać, żeby lokalna wspólnota miała na tym skorzystać.

Samorząd może być polityczny, ostry i konfliktowy, bo spór jest naturalną częścią demokracji. Nie musi jednak zamieniać się w kolejne pole ogólnopolskiej wojny politycznej. Jeśli Police mają zachować coś, co przez lata było ich przewagą nad wielką polityką, to właśnie zdolność do spierania się bez konieczności budowania dwóch wrogich plemion.

Udostępnij Felieton

Tagi: