Iluzja normalności. Jak wyglądało życie robotników przymusowych w Policach [część 1]
Monumentalne ruiny dawnych zakładów Hydrierwerke Police do dziś robią ogromne wrażenie. Betonowe szkielety, podziemne tunele i pozostałości przemysłowego giganta przyciągają miłośników historii i eksploracji. Jednak za tym fascynującym krajobrazem kryje się dramat tysięcy ludzi, którzy podczas II wojny światowej trafili do Polic jako robotnicy przymusowi.
Gracjan Broda
gbroda@dziennikpolicki.plJak podkreśla Jacek Stasiak ze Stowarzyszenia Przyjaciół Ziemi Polickiej „Skarb”, początki funkcjonowania obozów przy fabryce miały sprawiać pozory normalności. Był to jednak wyłącznie element nazistowskiej machiny wyzysku.
Fabryka Hitlera potrzebowała ludzi
Hydrierwerke Police były jedną z najważniejszych inwestycji przemysłowych III Rzeszy. W gigantycznej fabryce produkowano syntetyczne paliwo potrzebne niemieckiej armii. Skala przedsięwzięcia była ogromna, a zapotrzebowanie na pracowników rosło z miesiąca na miesiąc.
Fabrykę rozpoczęto budować w marcu 1938 r i w tym czasie rzeczywiście zapotrzebowanie na pracowników było ogromne. Jak na miejscu nie było już dodatkowych rąk do pracy to Niemcy stworzyli system zatrudnienia dla innych narodowości na kontrakty. Dla osób które przyjeżdżamy do pracy w budowano osiedla robotnicze w których byli zakwaterowani. Po wybuchu wojny osiedla stały się obozami zbiorowego zakwaterowania a pracownicy kontraktowi pracownikami pracy przymusowej. Na początku warunki pracy i życia mieli względnie dobre. Im dłużej trwała wojna tym warunki się pogarszały doprowadzając niekiedy do skrajnego wycieńczenia z powodu głodu i ciężkiej pracy.
Dla tysięcy pracowników utworzono rozbudowany system obozów pracy. Osiedla robotnicze przekwalifikowane na obozy zbiorowego zakwaterowania to trzy obozy: Nordlager, Wullenweverlager, Tobruklager, w których znajdowali się więźniowie z krajów zachodnich z Francji, Holandii, Włoch, a także robotnicy z Czech, Słowacji i Niemiec. Czwarty obóz – Pommernlager przeznaczony był dla Polaków oraz jeńców wojennych (polskich, belgijskich, francuskich, radzieckich, holenderskich, włoskich).
Pensja, której nie dało się wykorzystać
Jak opowiada Jacek Stasiak, niemieckie władze próbowały stworzyć wrażenie legalnego zatrudnienia.
– Stosowano tam tak zwany system kopertowy. Robotnik dostawał wynagrodzenie, ale system był skonstruowany tak, że niemal natychmiast musiał oddać te pieniądze za jedzenie, miejsce w baraku czy podstawowe środki czystości – wyjaśnia.
W praktyce więźniowie nie mieli szans na normalne funkcjonowanie. Zarobki były fikcją, a ceny narzucane przez administrację obozową skutecznie uniemożliwiały jakiekolwiek oszczędności.
Z dokumentów gromadzonych przez Stowarzyszenie „Skarb” wynika, że robotnik przymusowy musiał odkładać pieniądze nawet przez kilka miesięcy, by kupić zwykłe buty robocze.
Głód i upokorzenie
Codzienność więźniów była brutalna. Ludzie mieszkali stłoczeni w drewnianych barakach, cierpieli z powodu zimna, chorób i chronicznego niedożywienia. Wielu pisało rozpaczliwe listy do rodzin z prośbą o przesłanie jedzenia albo ubrań.
Każdy dzień podporządkowany był pracy dla fabryki. Robotnicy pracowali po kilkanaście godzin dziennie przy budowie instalacji, rozładunku materiałów i obsłudze zakładów chemicznych.
Choć formalnie nie byli jeszcze więźniami obozu koncentracyjnego, system odbierał im godność i całkowicie podporządkowywał ich nazistowskiej machinie wojennej.
Początek większego terroru
Z czasem represje stawały się coraz brutalniejsze. Każde spóźnienie, próba odpoczynku czy konflikt ze strażnikami mogły zakończyć się skierowaniem do znacznie gorszego miejsca.
Dla wielu więźniów prawdziwe piekło miało dopiero nadejść.
Materiał zrealizowany we współpracy ze Stowarzyszeniem Przyjaciół Ziemi Polickiej "Skarb".
Udostępnij Artykuł