Lokalna debata? Nie, publiczna egzekucja

  • #Opinie
  • schedule Czas czytania: 4 minuty

Kiedyś lokalną politykę uprawiało się na festynach, zebraniach osiedlowych i podczas dyżurów radnych. To tam ścierały się poglądy, tam padały pytania, tam rodziły się spory – często ostre, ale jednak osadzone w realnym spotkaniu z drugim człowiekiem. Dziś coraz częściej areną lokalnej polityki stają się media społecznościowe. To właśnie tam, zza ekranu telefonu lub komputera, użytkownik – nierzadko ukryty za fałszywym profilem albo anonimowym kontem – próbuje, ku uciesze internetowej gawiedzi, zniszczyć wizerunek drugiej osoby.

Facebook, który jeszcze kilka lat temu był miejscem wyrażania opinii, także krytycznych, ale nierzadko konstruktywnych, dziś coraz częściej staje się narzędziem brutalnej walki politycznej. To przestrzeń, w której argumenty merytoryczne przegrywają z emocjami, a fakty ustępują miejsca insynuacjom, półprawdom i chwytliwym oskarżeniom. W takiej rzeczywistości anonimowy komentator, nieznający dokumentów, procedur ani kontekstu danej sprawy, bywa dla części odbiorców większym autorytetem niż dyrektor wydziału, urzędnik z wieloletnim doświadczeniem czy osoba rzeczywiście odpowiedzialna za podejmowane decyzje.

Anonimowość daje dziś nie tylko pozorne poczucie bezkarności, ale także przyzwolenie na to, by całkowicie porzucić kulturę wypowiedzi. Łatwiej obrażać, łatwiej szydzić, łatwiej rzucać oskarżenia, kiedy nie trzeba spojrzeć drugiemu człowiekowi w oczy. Pisanie z pozycji anonimowej postaci pozwala „popuścić lejce”, ale przede wszystkim zwalnia niektórych z odpowiedzialności za słowo. A przecież słowo, także to napisane w internecie, potrafi ranić równie mocno jak czyn.

Media społecznościowe nie tylko zaostrzają język debaty, ale również coraz silniej polaryzują społeczeństwo. Coraz rzadziej próbujemy zrozumieć człowieka, a coraz częściej reagujemy jedynie na symbole, etykiety i polityczne szyldy. Nie słuchamy argumentów – oceniamy, do którego obozu ktoś należy. Nie analizujemy faktów – sprawdzamy, czyja to „strona”. W efekcie lokalne sprawy, które powinny łączyć mieszkańców wokół wspólnego dobra, stają się paliwem dla internetowych bitew, napędzanych przez złość, uprzedzenia i potrzebę publicznego linczu.

Warto wyobrazić sobie, jak wyglądałoby codzienne życie, gdybyśmy zachowania z mediów społecznościowych przenieśli do świata realnego. Gdyby w sklepie, zamiast spokojnie zwrócić uwagę na cenę, klient zaczął obrzucać bogu ducha winną ekspedientkę wyzwiskami. Gdyby w urzędzie petent, zamiast zapytać o procedurę, od progu oskarżał pracownika o nieuczciwość, lenistwo i złą wolę. W rzeczywistości większość z nas nigdy nie pozwoliłaby sobie na taki sposób rozmowy twarzą w twarz. A jednak w internecie dla wielu staje się to normą. To właśnie jest jeden z największych paradoksów współczesnej debaty publicznej – ekran nie tylko oddziela nas od drugiego człowieka, ale w oczach niektórych wręcz go odczłowiecza.

Trzeba powiedzieć to wprost: internetowa agresja nie jest niewinną formą rozrywki ani „zwykłym komentarzem”. Ma realne konsekwencje. Niszczy reputacje, podważa zaufanie społeczne, zatruwa relacje międzyludzkie i skutecznie zniechęca wielu wartościowych ludzi do angażowania się w życie publiczne. Bo kto chciałby działać na rzecz wspólnoty, jeśli w zamian ma otrzymać falę hejtu, kpin i anonimowych oskarżeń? W ten sposób przegrywa nie tylko konkretny człowiek, ale całe lokalne społeczeństwo.

Oczywiście byłoby nadużyciem stwierdzenie, że każdy, kto krytykuje w mediach społecznościowych, działa anonimowo albo kieruje się złą wolą. To nieprawda. Krytyka jest potrzebna, a nawet niezbędna w demokracji – także tej lokalnej. Mieszkańcy mają pełne prawo pytać, oceniać decyzje władz, patrzeć samorządowcom na ręce i domagać się odpowiedzi. Problem zaczyna się wtedy, gdy krytyka przestaje być narzędziem społecznej kontroli, a staje się pałką do okładania przeciwnika. Gdy zamiast pytać – oskarżamy. Zamiast dyskutować – obrażamy. Zamiast szukać prawdy – szukamy emocji, które najlepiej „klikają się” w sieci.

Być może największym wyzwaniem naszych czasów nie jest już sam spór polityczny, lecz to, w jaki sposób go prowadzimy. Lokalna wspólnota nie potrzebuje kolejnych anonimowych trybunałów i internetowych egzekucji. Potrzebuje rozmowy, odpowiedzialności i odwagi cywilnej – także tej, by podpisać się pod własnym zdaniem imieniem i nazwiskiem. Bo tylko wtedy debata ma sens. Tylko wtedy można mówić o odpowiedzialności za słowo. I tylko wtedy polityka lokalna, nawet jeśli pełna sporów, pozostaje jeszcze sprawą wspólną, a nie widowiskiem urządzanym dla taniej sensacji.

Udostępnij Opinię: