Pomagać, ale w ciszy
Coraz częściej widzimy zdjęcia wolontariuszy odbierających statuetki, dyplomy i uściski dłoni w blasku fleszy. Schemat jest zawsze ten sam: podest, mikrofon, kilka wzruszających słów i obowiązkowe zdjęcie do mediów społecznościowych. I choć intencje bywają dobre, warto zadać pytanie, czy na pewno o to w wolontariacie chodzi.
Pomaganie z definicji nie potrzebuje nagrody. Nie wymaga aplauzu ani publicznego uznania. Jego siła tkwi w bezinteresowności – w tym, że ktoś poświęca swój czas, energię i często własne środki nie po to, by zostać zauważonym, lecz po to, by komuś realnie pomóc.
Publiczne nagradzanie wolontariuszy wypacza sens ich działań. Zamienia pomoc w konkurs popularności, w którym wygrywa nie ten, kto zrobił najwięcej, lecz ten, kogo łatwiej pokazać. Kto ma lepsze zdjęcie, lepszą historię, lepsze relacje. Cisi, konsekwentni, działający latami bez rozgłosu – przegrywają z tymi, którzy potrafią się zaprezentować.
Nie chodzi o to, by nie doceniać. Docenianie jest ważne, ale nie musi przybierać formy gali, fleszy i oficjalnych przemówień. Czasem wystarczy zwykłe „dziękuję”, rozmowa, wsparcie organizacyjne, realna pomoc w dalszych działaniach. Wolontariusze nie potrzebują sceny – potrzebują narzędzi, zaufania i przestrzeni do działania.
Instytucje uwielbiają nagradzać wolontariuszy. To wygodne. Tanie. Medialne. Łatwiej wręczyć dyplom raz w roku niż realnie wspierać działania przez pozostałe jedenaście miesięcy. Łatwiej zorganizować galę niż zapewnić sprzęt, szkolenia czy stabilne zaplecze organizacyjne. A przecież to drugie buduje prawdziwą pomoc.
Jest też druga strona medalu. Publiczne nagradzanie tworzy wrażenie, że dobro musi być widoczne, by było wartościowe. A przecież ogromna część pomocy dzieje się w ciszy: bez kamer, bez wpisów w mediach społecznościowych, bez świadków. To pomoc najczystsza, bo niewymuszona i nieobliczona na efekt wizerunkowy.
Wolontariat nie powinien być walutą społeczną ani elementem strategii promocyjnej instytucji. Jeśli zaczniemy traktować dobro jak produkt, który trzeba opakować i sprzedać, stracimy to, co w nim najważniejsze – autentyczność.
Pomaganie nie potrzebuje blasku fleszy. Czasem najlepsze, co możemy zrobić dla wolontariuszy, to pozwolić im działać w ciszy. I tej ciszy nie zakłócać. Bo dobro, które potrzebuje reflektorów, zbyt łatwo zamienia się w marketing.
Udostępnij Opinię:
