"OZE, sroze"? Nie do końca
Ostatnio poznaliśmy kandydata Prawa i Sprawiedliwości na przyszłego premiera, którym został były minister edukacji i szkolnictwa wyższego Przemysław Czarnek. W swoim pierwszym wystąpieniu, które wygłosił on po ogłoszeniu jego nominacji przez partię, szerszym echem na pewno odbiją się dwa słowa „OZE, sroze”. Postaram się przyjrzeć temu z perspektywy kogoś, kto z fotowoltaiką ma do czynienia w praktyce.
W swoim wystąpieniu Czarnek mocno krytykował właśnie OZE, czyli odnawialne źródła energii, deklarując, że chciałby, aby Polska wróciła do wykorzystywania węgla. Tu trzeba jednak pamiętać, biorąc pod uwagę całą wypowiedź, że była ona wycelowana w zasadzie wyłącznie w kierunku dwóch grup – skłóconych frakcji wewnątrz Prawa i Sprawiedliwości oraz… w kierunku obecnych zwolenników obu Konfederacji (tej firmowanej twarzami Sławomira Mentzena i Krzysztofa Bosaka oraz tej stworzonej przez Grzegorza Brauna), jak również w dotychczasowych zwolenników Janusza Korwina-Mikkego.
W późniejszych komentarzach, niejako wywołany do tablicy przez europosła PSL Krzysztofa Hetmana, Przemysław Czarnek przyznał, że na swoim domu od pięciu lat ma zamontowane panele fotowoltaiczne, za które - po uwzględnieniu nomen omen rządowego dofinansowania – zapłacił 8 100 zł, co miało mu przynieść obniżenie rachunków z 2-2,5 tys. złotych rocznie do 1-1,2 tys. rocznie. Z perspektywy czasu kandydat na premiera obecnie ocenia tę inwestycję jako mocno nietrafioną.
Jako użytkownik fotowoltaiki widzę w tej wypowiedzi co najmniej kilka problemów. Po pierwsze, ciężko jest mi sobie w opisanej sytuacji wyobrazić sens montażu instalacji paneli fotowoltaicznych – nawet biorąc pod uwagę tzw. „stare warunki”, czyli net metering. 2,5 tysiąca złotych rocznie za energię elektryczną, to miesięczne rachunki rzędu niewiele ponad 200 złotych – w obecnych warunkach kwota wydaje się wręcz bardzo niska. Wygląda na to, że Przemysław Czarnek w swoich wypowiedziach (umyślnie lub nie) pominął jeden z istotniejszych aspektów – wzrost cen energii elektrycznej. Już te 3-4 lata temu, mieszkając w bloku, bez większego problemu można było „wykręcić” kwoty 400-450 zł w rachunkach miesięcznie i do tego kwoty te stale rosły. A jak wiadomo, zużycie energii elektrycznej w domach jednorodzinnych jest jednak wyższe. Licząc po 500 zł miesięcznie, w skali roku wychodzi już 6 000 zł, co przy 2 500 zł Czarnka pokazuje już sporą różnicę. W moim przypadku w bardziej nasłonecznionych miesiącach rachunki w rozliczeniu dwumiesięcznym spadły z 1 000 zł do… 70 zł. Ale to tylko jedna strona medalu.
Drugą sprawą jest kwestia dostosowania instalacji do indywidualnych potrzeb – jest to istotne przede wszystkim teraz, gdy obowiązuje system rozliczeń net-billing. Przede wszystkim moc instalacji musi być dostosowana zarówno do prognozowanego zużycia prądu, jak również do warunków lokalizacji – chodzi m.in. o kierunki spadu dachu, kąt nachylenia, czy też o to, czy nic tego dachu nie zasłania w stosunku do pozycji słońca. Szczególnie to ostatnie może się przez lata użytkowania zmienić – wszak drzewa rosną, a w okolicy mogą powstać nowe, wyższe budynki. Do tego należy pamiętać, że w jesienno-zimowych miesiącach – w listopadzie, grudniu i styczniu – produkcja niemalże nie istnieje. Jestem zdania, że w przypadku Przemysława Czarnka, kluczową kwestią jest niedostosowanie wielkości lub lokalizacji instalacji do jego potrzeb.
Równie istotny jest nasz tryb życia. Jak wiadomo, najbardziej opłaca się tzw. autokonsumpcja, czyli zużywanie prądu bezpośrednio wyprodukowanego przez instalację. Trzeba jednak pamiętać, że najbardziej nasłonecznione są te godziny, kiedy zazwyczaj nie ma nas w domu – jesteśmy w pracy, w szkole itd. Zakładając, że nie mamy do czynienia z fotowoltaiką offgrid, to nadwyżka produkcji jest przekazywana do sieci – i w zależności od sposobu rozliczania: „wirtualnie” magazynowana i potem odzyskiwana po dość korzystnej cenie (net metering) lub sprzedawana po stosunkowo niskiej cenie operatorowi (net billing). Stąd też nowy system rozliczeń wymusił niejako konieczność instalacji magazynów energii, które – jeśli są dobrze dobrane – radykalnie zwiększają autokonsumpcję.
Oczywiście fotowoltaika ma swoje duże minusy, ale są one kompletnie gdzieś indziej niż to, co przekazał wskazany przez PiS kandydat na premiera. Po pierwsze sieć energetyczna w Polsce jest technicznie niedostosowana do dużej liczby prosumentów dostarczających prąd. Wiele miejsc w powiecie polickim w słoneczne dni ma problem ze zbyt wysokim napięciem w sieci, co powoduje automatyczne wyłączanie się instalacji fotowoltaicznych, co niestety negatywnie wpływa na zysk z ich działania. No, ale jest to wynikiem wieloletnich zaniedbań i to nie tylko z czasów rządów Zjednoczonej Prawicy.
Po drugie system dotacji rządowych sprawił, że rynek fotowoltaiki w Polsce stał się patologiczny. Jak grzyby po deszczu zaczęły pojawiać się firmy, które zaczynały zajmować się instalacjami, aby po niezbyt długim czasie zwinąć interes, zostawiając swoich klientów niejako „na lodzie” pod kątem dalszej obsługi i serwisowania. Po drugie wszelkie państwowe dotacje mają zawsze jeden skutek – wzrost cen na „wolnym rynku”. Wszakże logicznie myśląc: przy założeniu tej samej podaży ze strony producentów, przedsiębiorca, który w sytuacji braku dofinansowań montuje rocznie maksymalnie 50 instalacji fotowoltaicznych (bo na tyle pozwoli mu popyt) będzie miał radykalnie inne ceny niż wtedy, gdy uruchomione dotacje pozwolą mu zamontować 100 instalacji i to nie wyczerpie jeszcze popytu. Do tego dochodzi jeszcze fakt, że ewentualna rozbudowa instalacji, która z jakiegoś powodu nie podlegałaby dofinansowaniu, jest bardzo droga i nieopłacalna (szczególnie, że na użytkownikach net meteringu automatycznie wymusiłaby ona przejście na nowy system rozliczeń).
Trzecim problemem może się faktycznie okazać kwestia żywotności obecnych rozwiązań i kwestia ewentualnej utylizacji. Co rusz – niezależnie od ekipy rządzącej - pojawiają się coraz to nowe pomysły wprowadzenia chociażby opłat, czy też podatków, które byłyby nałożone na użytkowników fotowoltaiki, a które miałyby przynieść systemowe rozwiązanie problemu. Nie jest jednak tak, że żywotność paneli kończy się w ciągu kilku lat, jako że boom na OZE w Polsce rozpoczął się stosunkowo niedawno i większość instalacji nie osiągnęła jeszcze swojego kresu działania, to konieczność rozwiązania wspomnianej kwestii jest jeszcze przed nami.
A zatem podsumowując, z mojej perspektywy – jako użytkownika paneli fotowoltaicznych - problemem Przemysława Czarnka nie jest to, że w ogóle zamontował sobie tę nieszczęsną fotowoltaikę, ale – z dużą dozą prawdopodobieństwa – to, że zrobił to w sposób nieprzemyślany. Szkoda tylko, że obecnie wykorzystywane jest to do celów politycznych. I – o zgrozo – może to przynieść efekt zbliżony do zamierzonego, docierając do odpowiednich grup wyborców. I to na ich nieszczęście po wyborach okaże się zapewne, jak bardzo czcze było to gadanie.