Darmowa informacja nie istnieje
Ilekroć lokalne medium publikuje materiał sponsorowany, relację z wydarzenia współorganizowanego przez samorząd albo kampanię promującą lokalną firmę, pojawiają się komentarze. Czasem rzeczowe, czasem mniej. Najczęściej sprowadzają się do jednego pytania:
Gracjan Broda
gbroda@dziennikpolicki.pl„Dlaczego media to robią?”
A ja mam wtedy ochotę odpowiedzieć pytaniem:
„A kto ma za to zapłacić?”
Przez lata przyzwyczailiśmy się do tego, że informacja w internecie jest darmowa. Wchodzimy na portal, czytamy artykuł, oglądamy zdjęcia, śledzimy transmisję na żywo, sprawdzamy wyniki wyborów, informacje o korkach, awariach, inwestycjach czy wydarzeniach kulturalnych. Wszystko dostępne od ręki. Bez opłat.
Tylko że darmowa jest wyłącznie dla odbiorcy.
Za każdym artykułem stoi człowiek. Za każdą relacją stoi czyjś czas. Za każdym zdjęciem stoi fotograf. Za każdym materiałem wideo stoi sprzęt, montaż i godziny pracy. Trzeba opłacić serwery, oprogramowanie, księgowość, podatki i dziesiątki innych kosztów, których czytelnik zwykle nie widzi.
A mimo to wielu z nas uważa, że lokalne media powinny działać za darmo.
Powiedzmy to wprost: najlepszym modelem finansowania mediów lokalnych są czytelnicy. To oni są najważniejszym odbiorcą i to oni powinni być głównym źródłem utrzymania redakcji. W takim modelu zależność jest prosta i zdrowa. Czytelnik płaci, medium dostarcza wartościowe treści.
Problem polega na tym, że w Polsce ten model praktycznie nie istnieje w skali, która pozwalałaby utrzymać większość lokalnych redakcji.
Czytelnicy chcą mieć dostęp do informacji. I słusznie. Ale gdy przychodzi moment wyciągnięcia kilku złotych miesięcznie z własnej kieszeni, entuzjazm często znika.
W efekcie lokalne media stają przed prostym wyborem.
Albo znajdą inne źródła finansowania, albo znikną.
Nie ma trzeciej drogi.
Dlatego współpracują z przedsiębiorcami. Dlatego realizują kampanie reklamowe. Dlatego wykonują projekty promocyjne dla samorządów. Nie dlatego, że chcą. Dlatego, że muszą.
I warto w tym miejscu oddzielić dwie rzeczy, które często są wrzucane do jednego worka.
Czym innym jest działalność redakcyjna, a czym innym działalność komercyjna.
Jeżeli firma chce zareklamować swój produkt, ma do tego prawo. Jeżeli gmina chce poinformować mieszkańców o ważnej inwestycji lub programie społecznym, również ma do tego prawo. Jeżeli medium udostępnia swoją przestrzeń reklamową lub realizuje kampanię informacyjną, wykonuje po prostu usługę.
Warunek jest jeden: uczciwość wobec odbiorcy.
Materiał sponsorowany musi być oznaczony. Reklama musi być reklamą. Czytelnik powinien wiedzieć, kiedy ma do czynienia z treścią redakcyjną, a kiedy z przekazem komercyjnym.
To jest granica, której nie wolno przekraczać.
Największy paradoks polega jednak na czymś innym.
Ci sami ludzie, którzy często krytykują media za współpracę z reklamodawcami, bardzo rzadko pytają, jak inaczej te media miałyby funkcjonować. Nie kupują subskrypcji. Nie wspierają redakcji. Nie wpłacają dobrowolnych składek.
Ale oczekują codziennie nowych informacji.
To trochę tak, jakby wejść do piekarni, zabrać chleb z półki i oburzać się, że piekarz sprzedaje go innym klientom.
Lokalne media nie są organizacjami charytatywnymi. Są przedsiębiorstwami realizującymi ważną społeczną misję. Żeby tę misję wykonywać, muszą jednak zarabiać.
Marzy mi się sytuacja, w której lokalne redakcje utrzymują się przede wszystkim z wpłat czytelników. W której mieszkańcy rozumieją, że niezależna informacja kosztuje i że warto za nią płacić.
Ale dopóki tak się nie stanie, dopóty lokalne media będą szukały pieniędzy tam, gdzie można je znaleźć.
U przedsiębiorców.
W kampaniach reklamowych.
W projektach informacyjnych realizowanych dla samorządów.
Nie dlatego, że jest to rozwiązanie idealne.
Dlatego, że bez tych pieniędzy wiele lokalnych redakcji po prostu przestałoby istnieć.
A wtedy bardzo szybko przekonalibyśmy się, ile naprawdę kosztuje brak lokalnych mediów.
Udostępnij Felieton