Od Facebooka do ChatGPT. Lokalna polityka zawsze potrzebuje podpórki
Jeszcze kilka lat temu lokalnego polityka można było poznać po tym, że niemal wszystko musiał pokazać na Facebooku. Dziś coraz częściej można go poznać po czymś innym – po tym, że bez ChatGPT trudno mu sklecić kilka własnych zdań.
Zmieniło się narzędzie. Mechanizm pozostał ten sam.
Był czas, gdy samorządowa aktywność zaczynała się i kończyła w mediach społecznościowych. Radny poszedł na spacer – zdjęcie. Radny zobaczył dziurę w jezdni – zdjęcie. Radny napisał interpelację – zdjęcie interpelacji. Radny dostał odpowiedź – zdjęcie odpowiedzi. Radny przyszedł na festyn – obowiązkowo zdjęcie, najlepiej takie, żeby nikt nie miał wątpliwości, że był.
Czasami można było odnieść wrażenie, że jeśli czegoś nie opublikowano na Facebooku, to po prostu się nie wydarzyło.
Nie chodziło już wyłącznie o informowanie mieszkańców. Facebook stawał się dowodem pracy. Im więcej postów, zdjęć i relacji, tym większe miało powstać wrażenie aktywności. Polityka lokalna zaczęła przypominać kronikę życia codziennego, w której każda dziura, ławka, chodnik i spotkanie z mieszkańcem mogły stać się materiałem do budowania własnego wizerunku.
Problem polegał na tym, że liczba publikacji nie zawsze szła w parze z jakością pracy.
Ale Facebook powoli przestaje wystarczać. Pojawiło się nowe narzędzie, które dla części lokalnych polityków stało się równie kuszące – sztuczna inteligencja.
ChatGPT napisze interpelację. Przygotuje przemówienie. Stworzy stanowisko. Wygeneruje komentarz do wydarzeń. Poprawi post na Facebooka. Podpowie argumenty. A gdy trzeba, zrobi z trzech zdań pół strony tekstu brzmiącego wystarczająco poważnie, by można było opublikować go pod własnym nazwiskiem.
I tutaj zaczyna się problem.
Nie dlatego, że korzystanie ze sztucznej inteligencji jest czymś złym. Byłoby absurdem krytykowanie polityka tylko dlatego, że korzysta z nowoczesnych narzędzi. Tak samo nie ma niczego niewłaściwego w używaniu wyszukiwarki internetowej, edytora tekstu czy sprawdzaniu dokumentów z pomocą programów komputerowych.
Sztuczna inteligencja może pomagać. Nie powinna jednak zastępować myślenia.
Jeżeli radny wie, co chce powiedzieć, zna temat, ma własne stanowisko i wykorzystuje AI do uporządkowania argumentów albo poprawienia języka – trudno mieć o to pretensje. Gorzej, gdy kolejność jest odwrotna: najpierw trzeba zapytać ChatGPT, jakie właściwie mieć zdanie, a później wygenerowaną odpowiedź przedstawić mieszkańcom jako własną refleksję.
Bo można wygenerować tekst. Znacznie trudniej wygenerować kompetencje.
Można poprosić sztuczną inteligencję o przygotowanie pięciu argumentów przeciwko inwestycji, a minutę później – pięciu argumentów za jej realizacją. Można stworzyć płomienne wystąpienie o finansach gminy, nie rozumiejąc różnicy między wydatkami bieżącymi i majątkowymi. Można wygenerować interpelację dotyczącą planowania przestrzennego bez przeczytania dokumentów, których ta interpelacja dotyczy.
Tekst będzie wyglądał profesjonalnie. Pytanie tylko, co zostanie z niego, kiedy podczas sesji ktoś zada pierwsze dodatkowe pytanie.
I właśnie tutaj kończy się magia sztucznej inteligencji.
ChatGPT może pomóc przygotować polityka do dyskusji, ale nie może tej dyskusji za niego przeprowadzić. Nie pójdzie za niego na komisję, nie przeczyta za niego wszystkich materiałów przed sesją i – przede wszystkim – nie poniesie politycznej odpowiedzialności za jego decyzję.
To zresztą ciekawe zjawisko. Przez lata krytykowaliśmy polityków za język pełen błędów, chaotyczne wypowiedzi i nieporadne wpisy. Teraz możemy dojść do przeciwnej skrajności. Nagle wszyscy zaczną pisać niemal identycznie: poprawnie, gładko, bezpiecznie i z charakterystyczną dawką napompowanej powagi.
Każda inwestycja będzie „istotnym krokiem w kierunku poprawy jakości życia mieszkańców”. Każda decyzja „wymaga szerokiej debaty i uwzględnienia różnych perspektyw”. Każdy problem stanie się „wyzwaniem, które wymaga odpowiedzialnego i kompleksowego podejścia”.
Tylko człowieka będzie w tym coraz mniej.
A przecież w lokalnej polityce właśnie człowiek powinien mieć znaczenie. Jego poglądy, wiedza, doświadczenie, charakter, a czasem nawet językowe niedoskonałości. Wolę radnego, który własnymi słowami powie trzy konkretne zdania, niż polityka odczytującego dwie strony perfekcyjnie wygenerowanego tekstu, którego sam do końca nie rozumie.
Podobnie jak wolę samorządowca, który rzeczywiście załatwi jedną sprawę, niż takiego, który zrobi dziesięć zdjęć pokazujących, że właśnie próbuje ją załatwić.
Facebook nauczył część lokalnych polityków, że trzeba przede wszystkim pokazywać aktywność.
Sztuczna inteligencja może ich teraz nauczyć, że trzeba przede wszystkim sprawiać wrażenie kompetentnych.
Jedno i drugie jest niebezpieczne, jeśli za wizerunkiem nie stoi rzeczywista praca.
Być może za kilka lat będziemy wspominać dzisiejszą fascynację ChatGPT tak samo, jak dziś patrzymy na czasy, gdy politycznym wydarzeniem dnia było zdjęcie radnego stojącego przy dziurze w chodniku.
Technologia się zmienia. Polityczny marketing również.
Tylko jedno pozostaje niezmienne: mieszkańcy powinni oceniać swoich przedstawicieli nie po liczbie postów, nie po jakości wygenerowanych komunikatów i nie po tym, jak profesjonalnie wygląda ich profil.
Powinni patrzeć na decyzje.
Bo Facebook może pokazać polityka lepszym, niż jest.
ChatGPT może sprawić, że zabrzmi mądrzej, niż potrafi.
Ale ani jedno, ani drugie nie zagłosuje za niego podczas sesji.
I właśnie wtedy okazuje się, ile naprawdę jest warte to, co ma do powiedzenia.
Udostępnij Artykuł