Lokalne dziennikarstwo zza biurka. Czy można opisywać miasto, którego się nie zna?

  • Felietony
  • schedule Czas czytania: 6 minut

Internet zmienił dziennikarstwo lokalne. Dzisiaj, żeby napisać o tym, co wydarzyło się w Policach, Dobrej, Kołbaskowie czy Nowym Warpnie, teoretycznie nie trzeba nawet tam być.

Lokalne dziennikarstwo zza biurka. Czy można opisywać miasto, którego się nie zna?

Gracjan Broda

Gracjan Broda

Redaktor naczelny • Dziennik Policki

gbroda@dziennikpolicki.pl

Sesję rady można obejrzeć w internecie. Uchwały znaleźć w Biuletynie Informacji Publicznej. Wyniki przetargu sprawdzić w odpowiednim rejestrze. Komunikat urzędu przychodzi e-mailem, radni publikują swoje stanowiska w mediach społecznościowych, a mieszkańcy dyskutują na Facebooku.

Można siedzieć kilkadziesiąt albo kilkaset kilometrów dalej i każdego dnia produkować wiadomości z miejsca, którego być może nie odwiedza się nawet regularnie.

Tylko czy to jeszcze jest dziennikarstwo lokalne?

Fakt można znaleźć wszędzie. Kontekst już niekoniecznie

Zacznijmy od oczywistości. Nie trzeba mieszkać w danej gminie, żeby poprawnie napisać, że rada podjęła uchwałę, burmistrz podpisał umowę, rozpoczął się remont drogi albo ogłoszono przetarg. Fakt pozostaje faktem niezależnie od tego, gdzie znajduje się komputer dziennikarza.

Problem zaczyna się wtedy, kiedy trzeba odpowiedzieć na drugie pytanie: co ten fakt właściwie oznacza? I właśnie tutaj ujawnia się różnica pomiędzy przepisywaniem informacji lokalnych a rozumieniem lokalności.

Dziennikarz znający miejsce wie, że pozornie niewielka inwestycja może być rozwiązaniem problemu ciągnącego się od kilkunastu lat. Wie, że jedno zdanie wypowiedziane podczas sesji rady jest kontynuacją sporu rozpoczętego kilka miesięcy wcześniej. Pamięta wcześniejsze deklaracje. Wie, kto zmienił stanowisko.

Rozumie też, dlaczego remont jednej ulicy wywołuje ogromne emocje, chociaż dla osoby patrzącej z drugiego końca Polski jest to po prostu kolejna droga o długości kilkuset metrów. Tego nie zawsze da się znaleźć w komunikacie prasowym.

Lokalność to nie kod pocztowy

Nie oznacza to oczywiście, że dziennikarzem lokalnym może być wyłącznie osoba urodzona w danym mieście. To byłby absurd. Można mieszkać pięć minut od urzędu i kompletnie nie rozumieć tego, czym żyje miejscowa społeczność. Można również mieszkać w sąsiednim mieście, a znać problemy gminy znacznie lepiej niż wielu jej mieszkańców. Lokalność dziennikarza nie powinna więc być mierzona adresem zamieszkania. Powinna być mierzona obecnością.

Czy bywa na sesjach? Czy pojawia się na lokalnych wydarzeniach? Czy rozmawia z mieszkańcami? Czy zna miejscowości, o których pisze? Czy wie, czym różnią się ich problemy? Czy potrafi zadzwonić nie tylko do rzecznika prasowego, ale również do człowieka, którego dana decyzja bezpośrednio dotyczy? Czy pamięta, co w tej samej sprawie mówiono rok temu? To jest lokalność.

Z internetu widać dużo. Ale nie wszystko

Transmisja z sesji rady jest znakomitym narzędziem. Ale kamera pokazuje tylko fragment rzeczywistości. Nie pokaże rozmowy mieszkańców przed rozpoczęciem obrad. Nie zawsze pokaże reakcje osób siedzących poza kadrem. Nie powie dziennikarzowi, że sprawa, która zajęła radnym dziesięć minut, od miesięcy wywołuje emocje na konkretnym osiedlu.

Lokalna polityka ma swoją pamięć. Jedna wypowiedź może być kontynuacją konfliktu trwającego od lat. Jedno głosowanie może oznaczać zmianę układu w radzie. Jedno pozornie niewinne zdanie może mieć zupełnie inne znaczenie dla kogoś, kto zna historię sprawy.

Człowiek obserwujący lokalny samorząd od lat wychwyci to natychmiast. Ktoś, kto włączy transmisję wyłącznie po to, żeby napisać artykuł, może nawet nie wiedzieć, że właśnie wydarzyło się coś ważnego.

Podobnie jest z mediami społecznościowymi. Facebook potrafi być świetnym źródłem tematów. Nie powinien jednak stawać się substytutem społeczności. Kilkunastu najbardziej aktywnych komentujących nie reprezentuje automatycznie kilkudziesięciu tysięcy mieszkańców. A liczba polubień pod wpisem radnego nie jest badaniem opinii publicznej.

Dziennikarstwo lokalne zaczyna się właśnie tam, gdzie kończy się ekran.

Trzeba czasem pobrudzić buty

Brzmi banalnie, ale dziennikarz lokalny powinien czasami po prostu pojechać i zobaczyć. Jeżeli mieszkańcy mówią o fatalnym stanie drogi – warto przejść się tą drogą.

Jeżeli samorząd chwali się zakończeniem inwestycji – warto zobaczyć efekt. Jeżeli ktoś mówi o problemach komunikacyjnych – dobrze choć raz pokonać tę trasę.

Jeżeli mieszkańcy protestują przeciwko inwestycji – warto stanąć obok nich i zapytać, czego właściwie się obawiają.

Nie dlatego, że dziennikarz ma im przyznać rację. Po prostu powinien wiedzieć, o czym pisze. Czasem dziesięć minut spędzonych na miejscu daje więcej niż kilkadziesiąt stron dokumentów. Najlepiej oczywiście mieć jedno i drugie.

Najważniejsze informacje często nie przychodzą e-mailem

Jest jeszcze jedna przewaga dziennikarstwa zakorzenionego w społeczności. Ludzie zaczynają rozmawiać z redakcją. Nie tylko politycy i rzecznicy prasowi.

Mieszkaniec dzwoni, bo od miesięcy próbuje rozwiązać problem. Rodzic zwraca uwagę na sytuację w szkole. Przedsiębiorca sygnalizuje zmianę, która może wpłynąć na lokalny rynek. Urzędnik podpowiada, któremu dokumentowi warto się przyjrzeć. Radny wskazuje problem, ale redakcja zamiast automatycznie mu uwierzyć, zaczyna go sprawdzać.

Właśnie z takich rozmów powstają tematy, których nie znajdziemy w żadnym komunikacie prasowym.

Na zaufanie trzeba jednak zapracować. Trudno je zbudować, będąc dla lokalnej społeczności wyłącznie nazwiskiem pod artykułem publikowanym gdzieś z daleka.

Bliskość ma również swoją cenę

Jest jednak druga strona medalu. Im bardziej dziennikarz jest osadzony w lokalnej społeczności, tym większe jest ryzyko, że relacje zaczną wpływać na jego pracę. Bo w małym środowisku wszyscy się spotykają. Dzisiaj przeprowadzasz wywiad z burmistrzem. Jutro spotykasz go podczas wydarzenia.

Dzisiaj opisujesz decyzję radnego. Za tydzień siedzicie kilka metrów od siebie podczas sesji. Znasz dyrektorów instytucji, społeczników, przedsiębiorców, sportowców, urzędników. I właśnie wtedy pojawia się jeden z najważniejszych testów lokalnego dziennikarstwa.

Czy potrafisz napisać krytyczny materiał o człowieku, którego znasz? Czy potrafisz zadać mu niewygodne pytanie Czy potrafisz następnego dnia normalnie powiedzieć mu „dzień dobry”? Jeżeli nie, lokalne osadzenie zamiast przewagą staje się obciążeniem.

Blisko ludzi, daleko od układów

Dlatego najlepszą definicją lokalnego dziennikarstwa jest chyba bliskość bez zależności. Trzeba znać ludzi, ale nie mieć „swoich ludzi”. Trzeba znać polityków, ale nie należeć do ich drużyn. Trzeba rozmawiać z władzą i opozycją, ale żadnej z tych stron nie być niczego winnym. Trzeba być częścią społeczności, a jednocześnie zachować możliwość stanięcia pół kroku z boku. To trudna równowaga. Ale właśnie ona odróżnia lokalnego dziennikarza od lokalnego działacza.

Czy dziennikarz z innego miasta może pisać dobrze?

Oczywiście. Adres zamieszkania nie daje monopolu na rzetelność. Dziennikarz z drugiego końca województwa może przeprowadzić świetne śledztwo dotyczące lokalnego samorządu. Może znakomicie przeanalizować budżet, przetarg czy dokumentację inwestycji. Czasami człowiek z zewnątrz dostrzeże nawet coś, czego osoby funkcjonujące w danym środowisku od lat już nie zauważają.

Świeże spojrzenie bywa bardzo potrzebne. Problem pojawia się dopiero wtedy, kiedy dziennikarstwo „z zewnątrz” próbuje udawać głęboką znajomość lokalnej rzeczywistości. Można przeczytać protokół. Można obejrzeć transmisję. Można przeanalizować uchwałę. Nie można jednak po kilku godzinach w internecie zdobyć doświadczenia ludzi obserwujących daną społeczność przez lata.

Lokalnego dziennikarstwa nie robi się zza szyby

Dziennikarstwo lokalne ma coś, czego nie mają media ogólnopolskie. Bliskość konsekwencji. Kiedy ogólnopolska telewizja przyjeżdża opisać lokalny konflikt, następnego dnia jej samochód odjeżdża. Lokalna redakcja zostaje. Wraca do sprawy po miesiącu. Pyta po pół roku, czy obietnica została spełniona. Spotyka mieszkańców, którzy wcześniej zgłosili problem. Patrzy, czy inwestycja rzeczywiście powstała. Przypomina politykowi jego własne słowa sprzed roku.

To właśnie jest jedna z największych wartości lokalnych mediów. Nie tylko informują o tym, co wydarzyło się dzisiaj. Pamiętają, co wydarzyło się wczoraj.

Być stąd nie znaczy tu mieszkać

Można więc być świetnym lokalnym dziennikarzem, mieszkając poza granicami miasta czy gminy. Ale trudno nim być, pozostając poza jej życiem. Bo lokalność nie zaczyna się na tablicy z nazwą miejscowości. Zaczyna się od znajomości ludzi, miejsc, historii, problemów i zależności. Od obecności. Od rozmów. Od pamięci. Od ciekawości tego, co kryje się za oficjalnym komunikatem. I czasem od zwyczajnego wyjścia zza biurka.

Dziennikarz lokalny nie musi być „swój” dla burmistrza, radnych, urzędników ani opozycji. Powinien być wystarczająco blisko, żeby wiedzieć, czym żyje społeczność. I wystarczająco daleko, żeby móc o tym wszystkim swobodnie napisać.