Odważni zza pseudonimu. Czy tak wygląda lokalna demokracja?
Demokracja daje nam prawo do patrzenia władzy na ręce. Do zadawania trudnych pytań. Do krytykowania burmistrza, wójta, starosty, radnego, posła czy ministra. Do oceniania ich decyzji, wydawanych pieniędzy, składanych obietnic i sposobu sprawowania funkcji. Nie trzeba mieć zgody władzy, żeby powiedzieć, że coś robi źle.
To jedno z podstawowych praw obywatela. Tylko że demokracja to nie wyłącznie prawo do mówienia. To również odpowiedzialność za słowo. I właśnie tutaj zaczyna się problem współczesnej debaty prowadzonej w mediach społecznościowych.
Odważni, dopóki nie trzeba się podpisać
Wystarczy wejść pod dowolny materiał dotyczący samorządu. Obok normalnej dyskusji pojawiają się konta bez nazwiska, bez zdjęcia, czasami utworzone niedawno i służące niemal wyłącznie do komentowania lokalnej polityki. Ich właściciele potrafią być niezwykle stanowczy. Żądają transparentności. Domagają się odpowiedzi. Rozliczają innych z każdej decyzji. Zarzucają politykom brak odwagi, uczciwości albo kompetencji. Chcą wiedzieć, kto podjął decyzję, dlaczego ją podjął i kto ponosi za nią odpowiedzialność.
A kiedy pytanie brzmi: „A kim Pan/Pani jest?” – nagle okazuje się, że to już informacja, której ujawniać nie trzeba. Powstaje więc dość osobliwa konstrukcja obywatelskiej odwagi: władza ma być całkowicie transparentna, ale ja pozostanę anonimowy. Władza ma odpowiadać za każde słowo, ale ja niekoniecznie chcę odpowiadać za swoje. Czy właśnie na tym ma polegać publiczna debata?
Anonimowość sama w sobie nie jest problemem
Żeby było jasne: anonimowość nie jest czymś z definicji złym. Są sytuacje, w których chroni ludzi słabszych, sygnalistów, pracowników obawiających się konsekwencji zawodowych czy osoby ujawniające nieprawidłowości. Historia dziennikarstwa zna wiele przypadków, gdy możliwość zachowania anonimowości pozwalała dotrzeć do informacji ważnych społecznie.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy anonimowość przestaje być tarczą chroniącą przed represją, a staje się zbroją pozwalającą bez konsekwencji atakować innych. To zasadnicza różnica. „Nie podaję nazwiska, bo ujawniam nieprawidłowości i obawiam się odwetu” brzmi zupełnie inaczej niż: „nie podaję nazwiska, ale będę publicznie oceniał uczciwość, kompetencje i intencje ludzi, którzy występują pod własnym imieniem i nazwiskiem”.
Krytyka władzy nie jest atakiem na demokrację
Władza – każda – musi pogodzić się z krytyką. Jeżeli ktoś decyduje się zostać burmistrzem, radnym czy starostą, musi zaakceptować, że jego działania będą oceniane. Także ostro. Media mają obowiązek zadawać niewygodne pytania. Mieszkańcy mają prawo mówić, że inwestycja jest niepotrzebna, droga źle wykonana, pieniądze niewłaściwie wydane, a decyzja polityczna błędna. Nie można zasłaniać się „hejtem” za każdym razem, kiedy pojawia się krytyczna opinia. Ale działa to również w drugą stronę. Nie można zasłaniać się „demokracją” za każdym razem, gdy ktoś zwraca uwagę na sposób prowadzenia dyskusji.
Wolność słowa nie oznacza przecież, że każde zdanie jest prawdziwe. Prawo do opinii nie oznacza, że opinia nie może zostać zakwestionowana. Prawo do krytykowania nie daje immunitetu od krytyki. Skoro oceniasz innych – inni mogą ocenić również ciebie i twoje argumenty.
Podpis zmienia więcej, niż nam się wydaje
Jest prosty eksperyment. Przed opublikowaniem komentarza warto zadać sobie pytanie: Czy napisałbym dokładnie to samo, gdyby obok komentarza znajdowało się moje prawdziwe imię, nazwisko i zdjęcie? Jeżeli odpowiedź brzmi „tak” – prawdopodobnie jesteśmy gotowi bronić swojego stanowiska. Jeżeli odpowiedź brzmi „nie” – być może warto zastanowić się, dlaczego anonimowość jest nam potrzebna. Bo podpis ma niezwykłą właściwość. Nie odbiera ludziom odwagi. Najczęściej odbiera im jedynie część agresji.
Nagle zamiast „wszyscy jesteście złodziejami” pojawia się pytanie o konkretny wydatek. Zamiast „ten człowiek kompletnie się nie nadaje” – argument dotyczący konkretnej decyzji. Zamiast insynuacji – fakty. I właśnie wtedy zaczyna się rozmowa.
Demokracja wymaga obywatelskiej odwagi
Najłatwiejsza demokracja to demokracja komentatora. Siadamy przed ekranem, wybieramy pseudonim i rozliczamy cały świat. W ciągu jednego wieczoru możemy ocenić burmistrza, radę miasta, dyrektora szkoły, dziennikarza, przedsiębiorcę i sąsiada. Znacznie trudniejsza jest demokracja obywatela.
Tego, który przychodzi na spotkanie. Podpisuje petycję. Składa wniosek. Zadaje pytanie podczas zebrania. Pisze komentarz pod własnym nazwiskiem. Potrafi powiedzieć przedstawicielowi władzy prosto w oczy: „Nie zgadzam się z panem i mam ku temu konkretne powody”. To wymaga więcej odwagi niż kliknięcie „opublikuj” z anonimowego profilu.
Dlatego brońmy prawa do krytykowania władzy. Brońmy prawa do niewygodnych pytań. Brońmy niezależnych mediów, jawności życia publicznego i prawa mieszkańców do rozliczania tych, których wybrali. Ale jednocześnie nie pozwólmy wmówić sobie, że każda anonimowa zaczepka, insynuacja czy personalny atak staje się automatycznie przejawem obywatelskiej troski tylko dlatego, że jego autor dopisał na końcu słowo „demokracja”.
Demokracja daje prawo do zabierania głosu. Dojrzałość obywatelska zaczyna się jednak wtedy, gdy jesteśmy gotowi powiedzieć: to są moje słowa, moje argumenty i jestem gotów się pod nimi podpisać.
Udostępnij Felieton