Dziennikarz ma poglądy. Ale nie powinien nimi epatować

  • Felietony
  • Publikacja:
  • schedule Czas czytania: 4 minuty

Coraz częściej w dyskusjach o mediach pojawia się argument, że dziennikarz też ma prawo do własnych poglądów. Oczywiście, że ma. Może popierać konkretną partię, zgadzać się z jednym politykiem, a na widok drugiego odruchowo przełączać kanał w telewizorze. Problem zaczyna się wtedy, gdy do rozpoznania tych sympatii wystarczy przeczytanie kilku przygotowanych przez niego tekstów. Nawet niekoniecznie obszernych czy dotyczących polityki. Niestety, coraz częściej się to zdarza, szczególnie w mediach ogólnopolskich.

Dziennikarz ma poglądy. Ale nie powinien nimi epatować

Z dziennikarzem powinno być pod tym względem trochę jak z sędzią. Nie oczekujemy przecież, że człowiek zakładający togę nie ma żadnych przekonań, doświadczeń ani własnej oceny otaczającego go świata. Oczekujemy, że kiedy rozstrzyga konkretną sprawę, o jego decyzji przesądzą jej okoliczności. Czytelnik czy widz również chciałby wiedzieć, że o sposobie opisania wydarzenia zdecydował jego przebieg, a nie to, komu przy okazji można pomóc albo zaszkodzić.

Dziennikarz nie wydaje wyroków, choć skutki nierzetelnej publikacji bywają dla jej bohatera bardzo dotkliwe. Porównanie z sędzią ma więc swoje ograniczenia, ale w obu zawodach znaczenie ma zaufanie do człowieka, któremu powierzamy określoną odpowiedzialność. Trudno o nie, gdy z góry wiadomo, kto może liczyć na wyrozumiałość, a kto powinien przygotować się na najgorsze.

Stronniczość nie musi przy tym polegać na pisaniu nieprawdy. Można przytoczyć wyłącznie prawdziwe informacje i stworzyć z nich obraz bardzo daleki od uczciwego. Wystarczy jednemu rozmówcy pozwolić szczegółowo wyjaśnić swoje stanowisko, a wypowiedź drugiego skrócić do dwóch zdań. Można też szeroko opisać okoliczności łagodzące kontrowersyjną decyzję, pomijając podobne okoliczności przy ocenie politycznego przeciwnika. Fakty się zgadzają, ale sposób ich doboru i przedstawienia podsuwa czytelnikowi określoną ocenę.
Właśnie w takich sytuacjach najlepiej widać, czy dziennikarz potrafi oddzielić własne przekonania od pracy. Krytykowanie kogoś, z kim się nie zgadzamy, zwykle przychodzi łatwo. Trudniej opisać jego dobrą decyzję bez dopisku, który tę pochwałę natychmiast unieważni. Albo zadać niewygodne pytanie komuś, komu prywatnie życzymy powodzenia.

W lokalnym dziennikarstwie dochodzi do tego kwestia zwykłych relacji międzyludzkich. Z wieloma osobami spotykamy się na sesjach, konferencjach, miejskich wydarzeniach, czasem również w sklepie czy na spacerze. Z jednymi rozmawia się łatwiej, inni od lat traktują każde pytanie jak osobisty atak. Nietrudno w takich warunkach zacząć mylić sympatię do człowieka z oceną jego działalności. Uprzejmy samorządowiec może jednak podejmować złe decyzje, a ten, z którym trudno wytrzymać pięć minut rozmowy, może mieć w konkretnej sprawie rację.

Bezstronność nie oznacza obowiązku rozdzielania pochwał i krytyki według politycznego parytetu. Jeżeli jedna strona popełnia więcej błędów, rzetelne opisywanie tych błędów siłą rzeczy będzie dla niej mniej korzystne. Nie ma powodu szukać na siłę przewinienia u kogoś innego, żeby zgadzała się liczba negatywnych artykułów. Podobnie nie ma sensu stawiać udokumentowanego faktu na równi z zaprzeczeniem, za którym nie stoi żaden argument.

Czy zatem po tekstach dziennikarza naprawdę nie powinno dać się rozpoznać jego poglądów? W działalności informacyjnej nie powinno być widać, komu autor politycznie sprzyja. Czytelnik może wiedzieć, że dziennikarz ceni przejrzystość życia publicznego, sprzeciwia się marnowaniu pieniędzy czy oczekuje odpowiedzialności od sprawujących władzę. Powinien też widzieć, że autor stosuje te zasady niezależnie od tego, kogo dotyczą.

Inaczej jest z felietonem czy wyraźnie oznaczonym komentarzem. Właśnie takim jak ten. Czytelnik wie wtedy, że poznaje ocenę autora i jego sposób interpretowania wydarzeń. Może się z nim nie zgadzać, podważać argumenty czy wyciągać inne wnioski. Felieton pozwala również na przejaskrawienie problemu, ironię czy prowokację, jeśli mają one skłonić do dyskusji. Taką też strategię postanowiliśmy przyjąć na łamach Dziennika Polickiego. Ważne, żeby odbiorca wiedział, z jaką formą wypowiedzi ma do czynienia.

Najprostszy sprawdzian przychodzi zresztą wtedy, gdy zmieniają się nazwiska i polityczne szyldy. Widać wówczas, czy wcześniejsza dociekliwość wynikała z przyjętych zasad, czy z niechęci do konkretnych ludzi lub zamiaru osiągnięcia określonego celu politycznego. Jeśli po zmianie władzy dziennikarz nagle przestaje mieć pytania, trudno uwierzyć, że wcześniej zadawał je wyłącznie w interesie czytelników.

Udostępnij Felieton

Tagi: