Nie musisz szanować jego poglądów. Ale szanuj urząd Prezydenta Rzeczypospolitej
Nie trzeba głosować na danego kandydata, popierać jego poglądów ani zgadzać się z podejmowanymi przez niego decyzjami, aby okazywać szacunek Prezydentowi Rzeczypospolitej Polskiej. Tymczasem w przestrzeni publicznej, również tej lokalnej, coraz częściej pojawiają się określenia, które trudno uznać za element merytorycznej dyskusji. „Ćpun”, „złodziej”, „krętacz”, „sutener” – to słowa, które nie powinny zastępować argumentów w debacie o najważniejszym urzędzie w państwie. Szczególnie niepokojące jest to, gdy podobny język pojawia się w wypowiedziach osób, które na co dzień deklarują walkę z hejtem.
Nie ma dla mnie znaczenia, kto aktualnie sprawuje urząd Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. Nie ma znaczenia, z jakiego środowiska politycznego się wywodzi, jakie ma poglądy ani kto oddał na niego głos. Prezydent jest głową państwa, wybraną w demokratycznych wyborach, a urząd, który sprawuje, zasługuje na szacunek.
Nie oznacza to oczywiście, że prezydent stoi ponad krytyką. Wręcz przeciwnie. Każda osoba pełniąca funkcję publiczną musi liczyć się z oceną swoich działań, także surową i bezkompromisową. Można krytykować prezydenckie decyzje, kwestionować jego stanowisko, wskazywać błędy, a nawet otwarcie mówić, że nie jest się zadowolonym z tego, jak reprezentuje Polskę.
Ale gdzie przebiega granica między krytyką a zwyczajnym obrażaniem? Czy nazywanie prezydenta „ćpunem”, „złodziejem”, „krętaczem” albo „sutenerem” jest jeszcze polityczną polemiką? Czy takie słowa wnoszą cokolwiek do publicznej dyskusji? Czy sprawiają, że lepiej rozumiemy podejmowane decyzje albo problemy, z którymi mierzy się nasze państwo? Nie. To określenia, które mogą poniżać człowieka, a część z nich zawiera również poważne oskarżenia wymagające dowodów. Nie stają się prawdziwe tylko dlatego, że ktoś zamieścił je w mediach społecznościowych.
Szczególnie zastanawia mnie postawa niektórych lokalnych działaczy społecznych i osób związanych z organizacjami pozarządowymi. Z jednej strony słyszymy od nich apele o tolerancję, wzajemny szacunek, przeciwdziałanie przemocy słownej i zaprzestanie hejtu. Z drugiej strony w publicznej debacie pojawia się język, który z tymi wartościami trudno pogodzić.
Jak można przekonywać innych, że słowa ranią, a jednocześnie usprawiedliwiać obrażanie człowieka tylko dlatego, że reprezentuje inne poglądy polityczne? Czy hejt jest zły wyłącznie wtedy, gdy dotyczy naszych znajomych, sympatyków i politycznych sojuszników? A może istnieje jakaś niepisana zasada, według której obrażanie jednych jest niedopuszczalne, natomiast obrażanie innych stanowi przejaw wolności słowa?
Nie zamierzam nikomu odbierać prawa do własnych poglądów. Nie oczekuję również, że wszyscy będą darzyć prezydenta sympatią. Oczekuję natomiast elementarnej konsekwencji. Jeżeli sprzeciwiamy się hejtowi, róbmy to niezależnie od tego, kto jest jego adresatem.
Warto pamiętać, że Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej nie reprezentuje wyłącznie tych obywateli, którzy oddali na niego głos. Jest głową całego państwa. Także tych, którzy wybrali innego kandydata, nie uczestniczyli w wyborach albo pozostają wobec niego zdecydowanie krytyczni.
Szacunek dla urzędu nie jest deklaracją poparcia politycznego. Nie oznacza akceptacji wszystkich decyzji ani rezygnacji z prawa do protestu. Jest wyrazem szacunku dla instytucji państwa i demokratycznych zasad, na których opiera się Rzeczpospolita.
Można przecież powiedzieć: „Nie zgadzam się z prezydentem”. Można powiedzieć: „Uważam, że podjął błędną decyzję”. Można nawet stwierdzić: „Nie chcę, aby ponownie sprawował ten urząd”. To wszystko mieści się w granicach demokratycznej debaty. Ale czym innym jest krytyka, a czym innym publiczne obrzucanie człowieka obelgami. I nie zmienia tego fakt, że ktoś robi to pod wpływem emocji, politycznego rozczarowania czy osobistej niechęci.
Niepokoi mnie również to, jaki przykład dajemy młodemu pokoleniu. Z jednej strony organizujemy kampanie przeciwko hejtowi, uczymy dzieci i młodzież odpowiedzialności za słowo, tłumaczymy, że nikogo nie wolno poniżać. Z drugiej strony dorośli, czasem aktywni społecznie i publicznie zaangażowani, pokazują, że wystarczy polityczna niechęć, aby zapomnieć o tych zasadach.
Jaką wiarygodność mają wówczas nasze apele? Nie chodzi o to, aby milczeć wobec niewłaściwych działań władzy. Nie chodzi o zakazywanie krytyki czy tworzenie wokół prezydenta atmosfery nietykalności. Urząd nie może być tarczą chroniącą przed odpowiedzialnością, a szacunek dla państwa nie oznacza bezwarunkowego szacunku dla każdej decyzji jego przedstawicieli.
Chodzi o coś znacznie prostszego. Nie musimy się zgadzać, aby się szanować. Nie musimy na kogoś głosować, aby uznawać demokratyczny mandat, który otrzymał. Nie musimy kogoś lubić, aby powstrzymać się od obrażania.
Dziś prezydentem jest człowiek, którego jedni popierają, a inni zdecydowanie krytykują. Za kilka lat urząd ten może sprawować ktoś reprezentujący zupełnie inne środowisko polityczne. Czy wtedy zasady wzajemnego szacunku również się zmienią? Czy ci, którzy dzisiaj usprawiedliwiają obraźliwe słowa, będą równie wyrozumiali wobec podobnych określeń kierowanych do swojego kandydata? Właśnie dlatego standardy debaty publicznej powinny być niezależne od politycznych sympatii.
Nie oczekuję od nikogo bezkrytycznego szacunku dla człowieka tylko dlatego, że pełni ważną funkcję. Oczekuję jednak szacunku dla urzędu, który reprezentuje nasze państwo, oraz zachowania podstawowej przyzwoitości wobec osoby, która go sprawuje.
Bo można być przeciwnikiem prezydenta, nie stając się przeciwnikiem elementarnych zasad kultury. Można walczyć o swoje przekonania bez poniżania innych. Można wreszcie sprzeciwiać się hejtowi nie tylko na plakatach, podczas konferencji i w mediach społecznościowych, ale przede wszystkim we własnych wypowiedziach.
Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej jest głową naszego państwa. Niezależnie od tego, kto sprawuje ten urząd, należy mu się szacunek jako przedstawicielowi Rzeczypospolitej.
Nie dlatego, że wszyscy musimy go lubić.
Nie dlatego, że wszyscy na niego głosowaliśmy.
I nie dlatego, że nie wolno nam go krytykować.
Dlatego, że szacunek dla demokratycznych instytucji i kultura debaty nie powinny zależeć od wyniku wyborów. A tym, którzy tak chętnie apelują o zaprzestanie hejtu, warto przypomnieć jedną prostą zasadę: walkę z obrażaniem innych najlepiej rozpocząć od własnego języka.
Udostępnij Felieton