Transparentność w samorządzie. Rzeczywisty problem czy wygodne hasło polityczne?

  • Felietony
  • Publikacja:
  • schedule Czas czytania: 6 minut

Transparentność stała się jednym z najczęściej przywoływanych haseł w samorządowych sporach. Opozycja domaga się większej jawności, przedstawiciele władz przekonują, że działają zgodnie z przepisami, a mieszkańcy obserwują kolejne wymiany argumentów. Tylko czy rzeczywiście mamy do czynienia z brakiem transparentności? A może coraz częściej samo oskarżenie o jej brak staje się narzędziem politycznej walki?

Transparentność w samorządzie. Rzeczywisty problem czy wygodne hasło polityczne?

Nie ma chyba samorządowca, który publicznie zadeklarowałby, że transparentność jest niepotrzebna. Przeciwnie. Wszyscy chcą otwartego urzędu, przejrzystych decyzji, konsultacji społecznych i pełnego dostępu do informacji. Przynajmniej na poziomie deklaracji.

Problemy zaczynają się wtedy, gdy trzeba odpowiedzieć na pytanie, czym właściwie jest transparentność i gdzie przebiega granica pomiędzy uzasadnionym oczekiwaniem jawności a politycznym wykorzystywaniem tego pojęcia.

Bo czy brak odpowiedzi satysfakcjonującej radnego oznacza automatycznie brak transparentności? Czy decyzja podjęta wbrew oczekiwaniom określonego środowiska politycznego świadczy o ukrywaniu czegoś przed mieszkańcami? I wreszcie, czy każda sprawa, która nie została wcześniej szczegółowo omówiona w mediach społecznościowych, musi być dowodem na zamknięty sposób sprawowania władzy?

Odpowiedź na te pytania wcale nie jest tak oczywista, jak mogłoby wynikać z politycznych wystąpień.

Jawność to nie przywilej, lecz obowiązek

Zacznijmy od podstaw. Samorząd nie jest prywatnym przedsiębiorstwem burmistrza, wójta czy starosty. Dysponuje publicznymi pieniędzmi, zarządza wspólnym majątkiem i podejmuje decyzje wpływające na życie mieszkańców. Dlatego jego działalność musi podlegać społecznej kontroli.

Nie jest to kwestia dobrej woli urzędników. Jawność działania organów samorządu wynika z przepisów prawa. Mieszkańcy mają prawo uczestniczyć w sesjach rad i posiedzeniach komisji, zapoznawać się z dokumentami oraz występować o udostępnienie informacji publicznej. Sesje rad są transmitowane i nagrywane, a dokumenty urzędowe publikowane między innymi w Biuletynie Informacji Publicznej.

Nie oznacza to jednak, że samo spełnienie ustawowych obowiązków wyczerpuje temat transparentności.

Można przecież opublikować dokument liczący kilkadziesiąt stron, nie wyjaśniając mieszkańcom, jakie będą praktyczne konsekwencje zawartych w nim decyzji. Można formalnie przeprowadzić konsultacje społeczne, które w rzeczywistości zainteresują garstkę osób. Można również odpowiedzieć na pytanie w sposób zgodny z przepisami, ale tak skomplikowany, że przeciętny mieszkaniec niewiele z tej odpowiedzi zrozumie.

Transparentność nie powinna więc sprowadzać się wyłącznie do udostępniania informacji. Powinna oznaczać również gotowość do ich wyjaśniania.

Kiedy transparentność staje się politycznym argumentem?

W samorządowej polityce istnieje jednak druga strona medalu. Hasło braku transparentności jest niezwykle wygodne. Łatwo je wypowiedzieć, trudno jednoznacznie zmierzyć, a jeszcze trudniej skutecznie odeprzeć, szczególnie kiedy zarzut pozostaje ogólnikowy.

Wystarczy powiedzieć, że mieszkańcy nie wiedzą, co dzieje się w urzędzie, że decyzje zapadają za zamkniętymi drzwiami albo że władze nie informują o swoich zamiarach. Takie stwierdzenia mogą wywoływać emocje, nawet jeśli nie towarzyszą im konkretne przykłady odmowy udostępnienia dokumentów czy naruszenia przepisów.

Nie oznacza to oczywiście, że każdy taki zarzut jest bezpodstawny. Oznacza natomiast, że powinien być poparty faktami. Jeżeli radny twierdzi, że urząd ukrywa informacje, warto zapytać: jakie konkretnie? Czy złożono wniosek o ich udostępnienie? Czy urząd odmówił? Czy przekroczono ustawowy termin? A może dokumenty są publicznie dostępne, lecz ich treść nie odpowiada politycznym oczekiwaniom pytającego?

To zasadnicza różnica.

Brak zgody na określoną decyzję nie jest tym samym co brak jawności procesu jej podejmowania. Podobnie brak politycznej satysfakcji z udzielonej odpowiedzi nie musi oznaczać, że urząd działa nieprzejrzyście. Warto o tym pamiętać szczególnie wtedy, gdy transparentność staje się głównym tematem politycznych wystąpień.

Opozycja ma prawo pytać. Władza ma obowiązek odpowiadać

Kontrola działalności władz należy do podstawowych zadań radnych, również tych pozostających w opozycji. Trudne pytania, interpelacje, wnioski o dokumenty czy publiczna krytyka decyzji są naturalnym elementem samorządowej demokracji.

Nie można oczekiwać od opozycji milczenia tylko dlatego, że jej pytania bywają niewygodne. Nie można również uznawać każdej krytyki za polityczny atak. Z drugiej strony prawo do kontrolowania władz wiąże się z odpowiedzialnością za formułowane zarzuty.

Jeżeli pojawia się oskarżenie o brak transparentności, powinno być możliwe wskazanie konkretnej sytuacji, w której mieszkańcom ograniczono dostęp do informacji, nie wyjaśniono istotnej decyzji albo utrudniono społeczną kontrolę.

Samo powtarzanie, że urząd jest nieprzejrzysty, nie sprawi przecież, że stanie się to faktem. Władze samorządowe także nie powinny traktować krytyki jako zagrożenia. Nawet najbardziej szczegółowe pytanie może być okazją do wyjaśnienia mieszkańcom sprawy, której wcześniej nie poświęcono wystarczającej uwagi. A przecież właśnie o to powinno chodzić.

Mieszkańcy nie powinni być widzami politycznego spektaklu

W całej dyskusji o transparentności łatwo zapomnieć o tych, dla których jawność działania samorządu ma największe znaczenie – mieszkańcach.

Przeciętnego mieszkańca nie musi interesować, kto wygrał kolejną słowną potyczkę podczas sesji rady. Chce natomiast wiedzieć, dlaczego remont drogi kosztuje określoną kwotę, na jakim etapie znajduje się inwestycja, z jakich powodów zmieniono wcześniejsze plany albo dlaczego zrezygnowano z realizacji zapowiadanego przedsięwzięcia. I ma prawo oczekiwać zrozumiałych odpowiedzi.

Tymczasem dyskusja o transparentności bywa sprowadzana do politycznego pojedynku. Jedni przekonują, że wszystko jest jawne, drudzy twierdzą, że niczego nie można się dowiedzieć. Pomiędzy tymi skrajnymi stanowiskami ginie rzeczowa rozmowa o tym, co rzeczywiście należałoby poprawić.

Być może zamiast kolejnej dyskusji o tym, kto jest bardziej transparentny, warto zastanowić się, czy dokumenty są łatwe do odnalezienia, czy mieszkańcy odpowiednio wcześnie dowiadują się o planowanych zmianach, czy konsultacje mają rzeczywisty wpływ na decyzje i czy samorząd potrafi wyjaśnić również te rozstrzygnięcia, które budzą społeczne niezadowolenie.

To pytania znacznie ważniejsze niż kolejny polityczny komunikat.

Transparentność nie może zależeć od miejsca przy stole

Jest jeszcze jeden aspekt, o którym warto pamiętać. Ocena jawności działania samorządu powinna opierać się na tych samych kryteriach niezależnie od tego, kto aktualnie sprawuje władzę, a kto pozostaje w opozycji.

Jeżeli dziś domagamy się publikowania określonych dokumentów, powinniśmy podtrzymywać ten postulat również wtedy, gdy polityczne role się odwrócą. Jeżeli oczekujemy szczegółowego uzasadniania decyzji, ten sam standard powinien obowiązywać każdego burmistrza, wójta czy starostę. Transparentność nie może być zasadą, którą przywołuje się wyłącznie wtedy, gdy jest politycznie wygodna.

Podobnie władze nie powinny ograniczać otwartości do publikowania informacji przedstawiających ich działalność w korzystnym świetle. Jawność obejmuje także sprawy trudne, opóźnienia, błędy i decyzje niepopularne. To właśnie w takich sytuacjach najlepiej widać, czy deklarowana otwartość ma rzeczywiste znaczenie.

Mniej haseł, więcej konkretów

Czy zatem w samorządach brakuje transparentności? Nie sposób odpowiedzieć na to pytanie jednym zdaniem, a tym bardziej wyłącznie na podstawie politycznych deklaracji. Istnienie Biuletynu Informacji Publicznej, transmisji sesji czy możliwości składania wniosków o informację publiczną nie dowodzi jeszcze, że komunikacja z mieszkańcami funkcjonuje idealnie. Z kolei samo oskarżenie o brak jawności nie jest dowodem, że samorząd rzeczywiście coś ukrywa. Każdą taką sytuację należy oceniać na podstawie konkretnych faktów. Może więc najważniejsze pytanie brzmi nie tyle, czy transparentność istnieje, ile czy wszyscy uczestnicy samorządowego życia rozumieją ją w ten sam sposób.

Dla mieszkańca będzie to możliwość uzyskania informacji i zrozumienia podejmowanych decyzji. Dla radnego – skuteczne wykonywanie funkcji kontrolnej. Dla władz – obowiązek informowania i uzasadniania swoich działań. Te oczekiwania nie muszą się wzajemnie wykluczać. Transparentność nie polega na tym, że wszyscy zgadzają się z decyzjami władz. Polega na tym, że każdy może dowiedzieć się, kto, dlaczego i na jakiej podstawie je podjął.

Dlatego zamiast kolejnych ogólnych oskarżeń warto oczekiwać konkretów. Od władz – dokumentów, wyjaśnień i otwartości na pytania. Od opozycji – rzeczowej kontroli i zarzutów popartych dowodami. Bo samorząd nie staje się bardziej transparentny od samego powtarzania słowa „transparentność”. I nie staje się mniej transparentny tylko dlatego, że ktoś bardzo chce przekonać mieszkańców, iż tak właśnie jest.

Udostępnij Felieton